Poczułam to

Jakieś 13 lat temu postanowiłam sobie, że zostanę dziennikarką. Finalnie – zniechęcona pracą przy tworzeniu clickbaitów – obrałam inną ścieżkę, ale nadal namiętnie ciągnie mnie do występowania, pisania i mówienia. Mimo wszystko w jakimś sensie cieszę się, że nie utrzymują mnie tworzone treści.

Internet jest jak morze. Najładniej wygląda z daleka. Kiedy jednak wejdziesz odrobinę za daleko, robi się naprawdę niebezpiecznie. Za każdym razem gdy pobędę w nim odrobinę za długo, mam ochotę szybko uciec i już na zawsze osadzić się na offline’owej plaży.

Przeraża mnie przebywanie w ścisku słów, informacji i opinii; zupełnie nie kręci walka o to, kto powie coś dobitniej albo skomentuje głośniej. Gdy tylko wybucha kolejna aferka w internecie, w mojej głowie pojawia się jeden apel: zajmijcie się wreszcie wszyscy sobą.

Zewsząd słyszę, że wystarczy być akceptującym i pisać tak, aby nikogo nie urazić, a potem (jeśli się urazi), to nie przepraszać tych, których coś dotknęło, tylko przepraszać za słowa i czyny (nawet jeśli wcale nie miały nikogo skrzywdzić).

Gubię się. Bycie inkluzywnym, tolerancyjnym i dopuszczającym różne perspektywy jest cholernie skomplikowanie. Mówienia o akceptacji można się nauczyć, ale z odruchową tolerancją jest już trudniej.

Właśnie dlatego wolę unikać dyskusji na tematy, o których nie mam pojęcia. Wypowiadanie się jest proste, ale działanie w zgodzie z tym, co się wcześniej zadeklarowało, to już inna bajka.

Mimo wszystko długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak bardzo męczy mnie to, kiedy nie zabiorę głosu w pewnej sprawie albo odpuszczę wejście na środek sceny. Przecież wystarczyłoby się odpowiednio przygotować i tak ładnie bym to opowiedziała, tak pięknie bym to zatańczyła.

Dopiero teraz powoli zaczyna do mnie docierać, jak dużo dobrego robi mi wybór komfortu ponad przedstawienie.

Kilka ostatnich miesięcy mojego życia to ciągłe pytanie o to, co mi się podoba i obserwacja, w których sytuacjach czuję się najlepiej. To niedopasowywanie siebie do okoliczności i otoczenia, ale dostosowywanie okoliczności i otoczenia do siebie.

W portugalskim jest takie piękne określenie jak amor-próprio, które oznacza miłość do samego siebie kierowaną pragnieniem własnego szczęścia. Niestety, w wielu polskich tłumaczeniach nadal bywa błędnie tłumaczone jako ego. Udało mi się jednak znaleźć jeden tekst, w którym amor-próprio przetłumaczono jako poczucie samego siebie.

I wiecie co?

Poczułam to.

Leave a Reply