Nie Musisz

Od kilku dni codziennie piszę po polsku. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo potrzebowałam wyrażać swoje myśli słowami, których zaczynałam uczyć się, będąc jeszcze niczego nieświadomym, małym dzieckiem. Długo próbowałam się uciszać i tłumaczyć mojemu Wewnętrznemu Głosowi, że to wcale nie jest śmieszne, żeby najpierw od czegoś uciekać, żeby potem znowu zacząć za tym ganiać. W życiu trzeba być zdecydowanym, konkretnym i wydajnym, a nie co chwilę zmieniać zdanie.

Na szczęście, ten Wewnętrzny Głos (z którym od jakiegoś czasu próbujemy się dogadać) szybko odpowiedział mi, że przecież ostatnio zaczęły mi się podobać te wszystkie emocje, zmiany zdania i szukanie tego, czego naprawdę potrzebuję. Że przecież zrozumiałam, że dopóki nie zrobię, to nie poczuję. Że jedną rzeczą jest to, co mi się wydaje, że będę czuła jak pójdę w jakąś stronę, a drugą to, co realnie się we mnie zadzieje, kiedy wykonam dany krok.

Powoli zaczyna do mnie dochodzić, że nie ma nic złego w odpuszczaniu, wycofywaniu się i zmienianiu kierunku działania, jeśli okaże się, że drogą, którą obrałaś_eś sprawia, że twoje ciało i podświadomość zachowują się nieco inaczej niż sobie to wyobrażałaś_eś. Jest natomiast wiele zła w kontynuowaniu rzeczy, które, wiesz/czujesz, że nie są dla ciebie dobre.

Długo uciekałam od wizerunku osoby emocjonalnej, spontanicznej i niezdecydowanej. Jeżeli coś mówiłam, to robiłam. Czasami tylko po to, żeby pokazać wszystkim, jaka jestem silna i konsekwentna.

Teraz trochę się z tego śmieję, bo czuję, że nieudowadnianie nikomu czegokolwiek czyni mnie silniejszą niż kiedykolwiek. Nigdy nie byłam aż tak szczęśliwa jak teraz, kiedy zamiast słuchać innych, próbuję wsłuchiwać się w siebie. Kiedy zamiast kontrolować wartości, numery i liczby staram się usłyszeć to, w jaki sposób i co do siebie mówię. Bycie miłą i wyrozumiałą w stosunku do innych jest stosunkowo proste, ale akceptacja swojego człowieczeństwa, potknięć i błędów to wchodzenie na dużo wyższy level.

Nie lubię uogólnień i uproszczeń, ale czasami mam wrażenie, że mój poziom zadowolenia z życia naprawdę w dużej mierze zależy od tego, na ile pozwalam sobie je akceptować. Na ile działam tak, aby teoretycznie stresujące sytuacje nie potrafiły z łatwością wyprowadzać mnie z równowagi. Na ile umiem być w stosunku do siebie wyrozumiała i w jakim stopniu daję sobie przestrzeń na to, żeby od czasu do czasu się porządnie wkurwić.

W tym wszystkim naprawdę nie chodzi o to, aby 24/7 emanować szczęściem, kochać siebie i mieć uśmiech na twarzy, niezależnie od sytuacji. Wystarczy, że będziemy żyć trochę częściej niż się przejmować i mieć się bardziej w porządku niż nie.

Czuję, że otacza mnie jakaś dziwna czasoprzestrzeń. Z jednej strony mamy wybuch selfloverek, cytatów motywacyjnych, wzajemnego przekonywania się, że możemy wszystko i kreowania sztucznych celów tylko po to, żeby można było do nich dążyć. Z drugiej są załamanie, depresja i smutek, o których niby gdzieś powoli zaczyna się mówić, ale nadal ubierając je w piękne słowa i kolorowe stroje (żeby przypadkiem nikogo nie przestraszyć).

Jestem zmęczona tą przepaścią, sztuczną pozytywnością i udawaniem, że każdy z nas powinien dobrze wiedzieć, gdzie chciałby być za x lat. Przeraża mnie to, jak bardzo dążymy do tego, aby w końcu nauczyć się pokochać siebie, podczas gdy większość z nas nawet nie zastanawia się, co sprawiło, że przestaliśmy siebie lubić.

W głębi serca naprawdę marzą mi się zwykłe historie bez fajerwerków w stylu: hej, to ja, jest mi ze sobą ok, wszystko całkiem spoko.

Czy to nie do tego powinniśmy dążyć? Do normalności? Do zwykłego bycia okej? Do niezadawania sobie pytań, czy wszystko w porządku, jeśli nie śmiejemy się od ucha do ucha? Do NIEtworzenia kultury, w której wymuszamy na sobie olbrzymie dawki pozytywności, konsekwencji i motywacji?

Marta Niedźwiecka napisała ostatnio o tym, że “motywacja jako pojęcie zrobiła wielką karierę przez ostatnie kilka dekad, bo bardzo pasuje do wizerunku osoby odnoszącej sukcesy, zdolnej do kontroli swojego życia i dojścia na tzw. szczyty.

Niestety, ten nadmuchany wizerunek więcej ma wspólnego z zaburzeniami osobowości lub dysregulacją ego, niż z prawdą wewnętrznego życia ludzi. Realia są takie, że wmawianie sobie haseł o zwycięstwie nie zaprowadzi nas daleko. Aby się skutecznie i adekwatnie motywować, trzeba wiedzieć bardzo dużo o sobie.”

I tak sobie myślę, że może właśnie o to chodzi. Że żeby zamiast ciągle przeć do przodu, powoli uczyć się poznawać siebie. I rozumieć, że jeśli jest ci dobrze tu i teraz, to naprawdę nie musisz szukać góry, na którą będziesz chciał się wdrapać. A jeśli nie czujesz satysfakcji z miejsca, w którym jesteś, to tak samo – zamiast poszukiwania kolejnych szczytów do zdobycia – może warto byłoby najpierw spróbować odnaleźć (nawet kawałek) siebie.

Tak samo, jak nie da się znaleźć idealnego ubrania na każdą pogodę, nie da się się znaleźć idealnego zachowania na każdy dzień. Bycie pozytywnym niezależnie od sytuacji nie jest żadną opcją.

To tak jakby niezależnie od pogody, ubierać się zawsze tak samo. Jasne, przez jakiś czas dasz radę. Jeśli zdecydujesz się na T-shirt i zaczniesz w odpowiednim momencie roku, to może to potrwać nawet kilka miesięcy przy dobrych wiatrach. Ale w pewnym momencie temperatury spadną, a tobie będzie tak zimno, że do końca życia nie będziesz miał ochoty ubierać się w ten sposób.

W życiu chodzi o regulację i powtarzalność.

Tak jak nie da się posprzątać, wyspać i najeść raz na zawsze, tak samo nie da się wbudować sobie danego podejścia i codziennie czuć się tak samo. Media wmawiają nam, że wystarczy pozytywny mindset i ze wszystkim damy sobie radę, a ja pytam, czy naprawdę zawsze chodzi o dawanie sobie rady?

Zazwyczaj jestem pierwszą osobą, która będzie namawiać wszystkich do tego, żeby cieszyć się z małych rzeczy, ale w tym momencie jedyne o czym marzę to to, żebyśmy z nienawiści przeszli w neutralność. Żebyśmy dali sobie spokój z tym całym udawanym work life balance (kiedy praca nie daje nam normalnie funkcjonować), ciałopozytywnością (kiedy nadmiar ciała ewidentnie sprawia, że nie czujemy się ze sobą dobrze) czy modnymi medytacjami (kiedy jedyne czego chcemy, to to, żeby się na czymś wyżyć). Marzy mi się, żebyśmy zamiast gonić za pozytywnością, zaczęli w końcu tworzyć i akceptować normalność.

Być może poczucie, że jest okej, okaże się wystarczającym powodem do zachwytu.

Leave a Reply